Sprzątanie jest kwestią, która najbardziej początkowo wyprowadzała mojego męża z równowagi. Musiałam dołożyć wielu starań, a przede wszystkim cierpliwości, aby stopniowo oswoić go z myślą, że jednak już nie mama sprząta w domu, ale my – właśnie my obojga wspólnie. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie zaczęłam wątpić w to, że kiedykolwiek będę mogła liczyć na jego pomoc w sprzątaniu. Ale teraz, kiedy jesteśmy już prawie pół roku po ślubie, z czystym sumieniem mogę być dumna nie tylko z siebie, że udało mi się być na tyle cierpliwą i wyrozumiała, ale także z mojego męża, który w każdą sobotę budzi się rano, zjada śniadanie, wypija kawę i bierze się za sprzątanie całego mieszkania, a muszę przyznać, że do ogarnięcia jest dość spora powierzchnia. Najważniejsze jest jednak to, że nie muszę się już prosić męża o pomoc. On sam już wie co należy do jego obowiązków i w każdą sobotę sumiennie się z tego wywiązuje. Ale zaznaczę i sprostuję jeszcze: piszę tylko o sobocie – nie myślcie, że tylko i wyłącznie w ten dzień sprzątamy. Otóż w tym dniu przeprowadzamy można powiedzieć – generalne sprzątanie. W każdy inny dzień również sprzątamy, jednak czynności te mają zdecydowanie mniejszy rozmiar aniżeli w tą nieszczęsną sobotę. A i jeszcze jedno – równie ważne – nie muszę non stop upominać męża, aby pozmywał po sobie naczynia, bo robi to odruchowo i automatycznie. Się facet wziął za siebie. Ale prośba do pań – kochane – nie rozpieszczajcie swoich mężczyzn, bo potem same na tym ucierpicie i będziecie pluły sobie w brodę, ale niestety będzie już za późno, a na Was spadnie gro obowiązków.
POLECAMY:
Obrazy